infolinia
czynna
801 000 277

Randki online a zdrowie intymne

Większość ludzi sądzi, że kiła to przeżytek z czasów Balzaka, a rzeżączka to tylko trudne do napisania słowo. Nic bardziej mylnego – choroby weneryczne wracają z taką siłą, jakiej nie notowano od dziesięcioleci!

Świat się zmienia. Kiedyś, aby poznać przyszłego partnera (i na życie, i do łóżka) trzeba było wyjść do ludzi i zadać sobie nieco trudu: pokonwersować, zrobić dobre wrażenie, zaprosić na spacer czy kawę. Dziś wystarczy zainstalować w telefonie aplikację (choćby taką, jak Tinder, Grindr czy Badoo), przeglądać profile użytkowników i jednym ruchem kciuka sortować ich na „match” (pasuje) albo „no match” (nie pasuje). Wiele osób szuka za pomocą tych aplikacji miłości, tym bardziej, że zawieranie znajomości online i budowanie związku po spotkaniu w internecie już dziś nikogo nie dziwi. Ale, jak mawiał Woody Allen, choć miłość jest odpowiedzią na wszystko, to czekanie na odpowiedź można sobie umilać na wiele sposobów. Ludzie szukają więc za pomocą aplikacji „kontaktowych” kogoś, z kim można iść do kina albo pograć w kręgle; kogoś, kto chętnie porozmawia o historii Startreka czy umówi się na wspólne eksperymenty w kuchni. Ale równie często szukają kogoś, kto ma – podobnie, jak oni – ochotę na seks, często z rodzaju niezobowiązujących.

Zdradliwe aplikacje

Nie chodzi o to, że same aplikacje są złe. Mogą naprawdę pomóc znaleźć miłość – zwłaszcza tym bardziej nieśmiałym, którym trudniej otwarcie zagadać do drugiej osoby. Ale to ułatwianie nawiązania kontaktu ma też drugą stronę: eksperci uważają, że aplikacje w typie Tinedra pomagają ludziom seksualnie „odważniejszym” na łatwiejsze nawiązywanie znajomości – a potem kontaktów seksualnych. Aplikacje „kontaktowe” działają od kilku lat i od kilku lat rośnie liczba osób, które złapały jakiś weneryczny problem. Badania potwierdzają, że użytkownicy aplikacji „kontaktowych” mają często bardziej ożywione życie seksualne i większą liczbę partnerów, niż osoby, które z aplikacji nie korzystają.

Rośnie ilość wenerycznie chorych

Dobrze obrazują to trendy amerykańskie. Tam Tinder działa już od 2012 roku (czyli znacznie wcześniej, niż przyjął się u nas). Efekty? Już w 2014r amerykańscy eksperci od zdrowia publicznego wszczęli alarm: dramatycznie wzrosła liczba chorych! Odnotowano o 79 proc. więcej przypadków kiły, o 33 proc więcej zakażeń HIV i 30 procentowy wzrost zachorować na rzeżączkę. W 2016r Centers for Disease Control and Prevention (amerykański odpowiednik Sanepidu) zameldowało ponad 2 miliony nowych przypadków chlamydii i pozostałych chorób, przenoszonych droga płciową. Wzrost ten jest na pewno częściowo związany z lepszymi metodami, umożliwiającymi kontrolę zdrowia intymnego. Ale, zdaniem ekspertów, za jego główną część odpowiadają bardziej ryzykowne zachowania seksualne, powiązane z łatwiejszym nawiązywaniem kontaktów i angażowaniem a anonimowy seks – a to zawdzięczamy właśnie aplikacjom.

Nigdy nic nie wiadomo

Jeśli masz ochotę wzruszyć ramionami, bo przecież nie korzystasz z takich aplikacji – więc problem cię nie dotyczy – pomysł jeszcze raz. Tak naprawdę, nikt z nas nie jest bezpieczny. Po trosze ze względu na to, że nawet, gdy poznajesz kogoś bardzo atrakcyjnego na prywatce u znajomych, którzy ręczą za tę osobę – nie wiesz przecież, czy kiedyś nie korzystała ona z „kontaktowych” aplikacji i przygodnego seksu. A nawet, jeśli ta osoba sama nigdy tego nie robiła – to nie wiesz, czy jej ostatnia sympatia nie była takim „odważnym” użytkownikiem Tindera lub nie spała z kimś, kto miał (lub ma) tam konto właśnie w tym celu. „Kontaktowe” aplikacje utrudniły znacznie sprawę docierania do źródła infekcji. Kiedyś osobę, która zgłosiła się do poradni wenerologicznej, odpytywano o jej wszystkich partnerów seksualnych – a potem zawiadamiano ich i zapraszano na badania. Wszystko po to, by prześledzić drogę choroby, wyłapać wszystkie przypadki i ją wyeliminować. Dziś, kiedy możemy się spotkać i iść do łóżka z kimś, o kim nie wiemy praktycznie nic, jest znacznie trudniej prześledzić drogę choroby – a do tego znacznie łatwiej się nią „podzielić”, stąd przypadki się mnożą (specjaliści wręcz nazywają aplikacje „kontaktowe” wirtualnymi łaźniami – bo kiedyś najłatwiej było szybko znaleźć partnera seksualnego na szybka przygodę w publicznej łaźni). To sprawia, że chorzy mogą być wszędzie. I że wszyscy jesteśmy narażeni na zakażenie. Zdarzały się już przypadki, że na chorobę weneryczną zapadała stała w uczuciach osoba, która miała tylko jednego partnera – ale pechowo trafiła akurat na takiego, który zostawił jej coś „na pamiątkę”.

Choroby weneryczne – jak się zabezpieczyć

Nawet sam Tinder, w zakładce Dating Safely, zaleca zabezpieczanie się przed chorobami, przenoszonymi drogą płciową. Lansuje nawet postawę, godną członka Społeczności Tinder: powinni oni być seksualnie odpowiedzialni. Zalecenie obejmuje głównie stosowanie prezerwatyw, ponieważ w znaczący sposób zmniejszają one ryzyko zarażenia – ale też regularne badania. Bo - jeśli twoja relacja zacznie się rozwijać i przestanie być tymczasowa - będziecie chcieli w końcu zrezygnować z prezerwatyw i naprawdę poczuć siebie nawzajem. To krok, który każdy z nas kiedyś zechce podjąć – i dobrze, bo miłość jest piękna, a udany seks to wspaniała wisienka na miłosnym torcie.

Najlepszy kochanek: przebadany!

Trzeba się jednak do tego przygotować w taki sposób, który zapewni wam obojgu bezpieczeństwo: zróbcie badania pod kątem chorób, przenoszonych drogą płciową. Pamiętaj: wiele chorób wenerycznych nie daje objawów lub daje je dopiero długi czas po zarażeniu. Jeśli nie chcesz, by twój nowy związek rozpadł się z powodu choroby (to budzi ogromną ilość żalu i pretensji ze strony, która „dostała” niespodziankę) lub osobiście nie masz ochoty borykać się z takim problemem, zróbcie badania. Zróbcie je oboje i to ZANIM pójdziecie na całość. Zaufanie do partnera to piękna rzecz, ale lepiej nie przypłacić go chorobą, o której nieprędko zapomnisz…

Badania na choroby weneryczne – ile kosztują?

Na początek zróbcie chociaż pakiet podstawowych badań, obejmujący testy w kierunku chlamydii, wirusa HIV, test w kierunku kiły oraz badanie, wykluczające wirusowe zapalenie wątroby typu B i C (tak, tymi chorobami wątroby też można się zarazić przez seks). Taki Sex Pakiet można w Swisslab kupić już za 149 zł. A jeśli zdecydujecie się poszerzyć zakres badania o wirusa opryszczki genitalnej, wybierzcie Sex Pakiet Pozszerzony – wtedy jego cena to 249 zł.  ZRÓB SEX PAKIET

Ta strona korzysta z plików cookies. Sprawdź naszą politykę prywatności żeby dowiedzieć się więcej.

Akceptuję